Profesjonalne bezpłatne statystyki www
Legenda

            Będę wam dziś mówił o Konotopie[1] Wtedy, kiedy to się działo, ludzie go jeszcze tak nie nazywali. Bali się go i woleli nie szukać dla niego żadnego imienia. Ci, co mieszkali nad samą Obrzycą, znali na niego sposoby, ci którzy przybywali z daleka, wcale nie spodziewali się go spotkać na swojej drodze. Bo i skąd mieli o nim słyszeć? Wiedzieli o nim ludzie ze Świętna — nawet mówili, że ich jezioro czasem jest tak zdradliwe, że chyba na zimę przeniósł się do jego głębin stwór[2] z mokradeł nad Obrzycą. Wiedzieli o nim kmiecie[3] z Bojadeł, ale to oni właśnie tak bardzo go się bali, że unikali nazwania go jakimkolwiek imieniem. A ci z Kolska? Toż oni woleli kołem omijać znaną im topiel!
            Konotop mógł tedy bezkarnie czynić zasadzki na podróżnych, bo był niewidzialny, a jeżeli nawet ktoś go zobaczył, nie mógł o tym nikomu opowiedzieć, bowiem nigdy nie wyszedł on stopą na suchy grunt, zostawał we władzy Konotopa.
            Znad obrzyckich mokradeł[4] Konotop już na wiele wiorst[5] słyszał każdy tętent konia, zanim nieszczęsny dojechał do jego królestwa. Mógł już tedy wcześniej wysyłać naprzeciw błędne ogniki, oby podróżnym oświetlały drogę, wprowadzając na zwodniczy ślad. Później pod końmi otwierała się topiel i wchłaniała w przepastne głębiny. Zwierzęta czasem natrafiały na rozmokle torfowisko[6], albo tylko na grzęzawisko. Wtedy wpierw wolno wgłębiały się ich kopyto, golenie[7] i im bardziej przestraszone konie próbowały się wyrwać z zasadzki, im więcej wysiłku w ich wydobycie wkładali woźnice i podróżni, tym bardziej — za każdym nowym ruchem — los zwierząt i ludzi stawał się beznadziejny. Czworonogi nie mogły wprawdzie wierzgać kopytami ale i te nieznaczne ruchy, jakie nimi czyniły, sprawiały, że kopały sobie i ludziom grób.
            Człowiek nie jest jednak tak ciężki, człowiek bywa w chwili niebezpieczeństwa zwinny, potrafi się wyśliznąć — choćby na chwilę, chwyta się ostrych traw z pokrwawionymi rękami czasem dobrnie w miejsce, w którym poczuje nogami pewniejszy grunt. Toteż ludzi ginęło w mokradłach nad Obrzycą o wiele mniej niż koni. Konotop mimo wszystko był dla nich łaskawszy. Z bagien dochodziło jeszcze długo trwożne i beznadziejne rżenie koni, odbijało się echem i goniło uratowanych jak wyrzut sumienia. Słyszeli potem ten odgłos ginących rumaków[8] przez całe życie, kiedy tylko przejeżdżali gdzieś blisko wody mokradeł, albo gdy śniło się im, że mijają nadrzeczne łachy. Widzieli wtedy to, co zapamiętali z chwili swojej ucieczki od topieli, gdy po raz ostatni się obejrzeli: Jedni śnili źrebię płaczące za niewiernym panem, który szukał tylko własnego ratunku. Inni — ogiera, który grzbietem opadał w grzęzawisko. Nie było widać już ani jego brzucha, ani karku, tylko wierzgające resztkami sił nogi jawiły im się jak konary drzewo poruszane wiatrem. Byli i tacy, którzy zapamiętali smukła szyję swojej klaczy, szyję wciąż krótszą, wgłębiającą się w lepką maź. Widzieli wreszcie same nozdrza, słyszeli ostatnie rżenie, które brzmiało za nimi jak wołanie. Jeżeli przedtem, tknięci współczuciem zawrócili, jeśli próbowali odgarnąć muł i torfową wodę z łba kobyły albo jej źrebięcia - pamiętali ich ślepia, pełne zawodu niezrozumienia, z których czytali wyrzut jak w oczach człowieka niepotrzebnie umierającego.
            Konotop zabierał więc swoje ofiary. Był zachłanny, niesyty, nie przebłagany w swojej żarłoczności. Bali się go ludzie nie tylko z Bojodeł, nie tylko ze Świętna i Kolska, nie tylko znad jeziora Sławskiego i Lubięcina. Nie potrafili nic poradzić przeciw Konotopowi również ci z Niedoradza i Zaboru, chociaż mieszkali już nad wielką rzeką, która nazywa się Odra. Zdawało się, że nikt już nie przeciwstawi się złemu wodnikowi[9] i może Konotop topiłby jeszcze do dziś konne zaprzęgi i rumaki samotnych rycerzy, albo wierzchowce wojska, gdyby nie pewien wywołaniec[10] znad Bobru, imieniem Jędrzej z Niemaszchleba. Był to nie bardzo bogaty rycerz z wioski, w której żyto miało tak małe kłosy, a ziarno tak rzadkie, że ledwie opłaciło się tam uprawiać ziemię.

- Niemaszchleba w naszej wsi - odpowiadali jego kmiecie, kiedy Jędrzej żądał snopów z ich działek. — Niemaszchieba z naszego trudu, przyjmij lepiej od nas ryby, panie, bo te łatwiej możemy ułowić w rzece, i żądaj już raczej skórek pracowitych bobrów[11], których pełno w przyrzecznych szuwarach[12]. Nie chciej jednak od nas ziarna, bo jeżeli weźmiesz, to nie tylko poumieramy z głodu, ale i ci, co po nas przyjdą, nie znajdą nasion na siew. Nie będzie tedy ziemia rodzić nawet tego, co daje dzisiaj.
- Niemaszchleba w mojej wsi - odpowiadał na żądania żagańskiego księcia rycerz Jędrzej - bo ani no moich, ani no kmiecych polach, nie uświadczysz, panie, dorodnego kłosa. Pszenica nie wzejdzie nawet po kolano, a z żyto, które jedynie obsiewamy, jesteśmy i tak głodni w czasie, kiedy kwitnie bez. Moi ludzie łuskają lebiodę[13], aby wytrwać do żniw. Niemaszchleba w ich domach, a na moim stole go niewiele. Nie żądaj tedy, panie, od nich i ode mnie danin[14], bo zginiemy.
            Rozgniewał się żagański książę na Jędrzeja, a że nie lubił go jeszcze i za to, że ubogi rycerz nie raz, nie dwa, swemu panu się przeciwstawiał i brał w obronę swoich chłopów, wezwał go przed sąd. Kiedy oskarżony nie stawił się i uciekł z Niemaszchleba, bo tak odtąd zwie się ta wieś, ogłosił go jeszcze pan wywołańcem. A wywołańca mógł każdy pochwycić, uwięzić a nawet zabić. Dlatego Jędrzej z kilku wozami, zaprzęgniętymi w silne konie, postanowił udać się pod opiekę kaliskiego księcia. Zabrał prawie cały swój majątek na te wozy, wziął ze sobą tych swoich wiernych kmieci, którzy zapragną mu towarzyszyć i udał się w drogę, pilnie bacząc aby nie napotkać poszukujących go wysłanników żagańskiego pana. Nic tedy dziwnego, że kiedy szczęśliwie znalazł bród przez Obrzycę, zapragnął skrócić sobie drogę, tym bardziej, iż wieczór był już bliski. Nakazał swoim jechać skroś zarośla i moczary.
            Więc i on wnet ujrzał swoje konie grzęznące w torfowisku, zobaczył wozy z całym majątkiem w topieli, poznał moc wodnika Konotopa. Nie ujrzał jednak sprawcy swego nieszczęścia, zapamiętał tylko tonące zwierzęta, ich wgłębiające się golenie, brzuchy i grzbiety, ich wystające karki, a potem jedynie grzywy, pyski ze ślepiami przerażonymi nie mniej niż oczy jego ludzi, chrapy chwytające - tą resztką nozdrzy znad powierzchni wodnistej mazi - powietrze. Zapamiętał też miejsce, w którym tak niespodziewanie się to stało. Miejsce, gdzie Konotop, którego on pierwszy tak nazwał wśród nocy po imieniu, zabrał mu wszystko. Pamiętał to miejsce, chociaż ratując własne życie, oddalał się coraz bardziej od drogi, którą przedtem pogardził. Zostawił więc za sobą i majątek, i ludzi, i wszystkie konie, ale odczuwał, że wraca z miejsca wypadku ku bezpiecznemu brzegowi o coś bogatszy. Nie wiedział w pełni co by to było, ale wyraźnie odczuł, że rośnie w nim bliżej jeszcze nieokreślone postanowienie. Gdy wreszcie stanął zmęczonymi nogami na twardej drodze, już wiedział, już był pewny tego, co uczyni.
            Postanowił, że nie opuści już tego miejsca i znajdzie sposób na Konotopa. Nie miał zresztą Jędrzej wielkiego wyboru: wracać nie mógł do Niemaszchleba, a do Kalisza - bez majątku, który zabrał mu wodnik, takle nie miał po co się udawać. Wpierw zbudował dla siebie i swoich ludzi szałasy, aby ich chroniły przed deszczem i słonecznym skwarem. Żyli z tego, co upolowali albo co dali im okoliczni mieszkańcy. Niezwłocznie jednak dzielny szlachcic począł spełniać swoje postanowienie. Zdecydował zaniechać rycerskiego rzemiosła, zapragnął pomagać ludziom a szkodzić Konotopowi. Nie otrzyma już więcej zachłanny wodnik żadnego konia na pożarcie.
            Jędrzej z Niemaszchleba wychodził nad rzekę, czekał na przyjezdnych kupców, na ich karawany, na pojazdy możnych i mniejszych panów lub zgoła na chłopskie furmanki. Ostrzegał. Wskazywał drogę, szczególnie tym, co przejeżdżali obok nadobrzyckich mokradeł wieczorem albo nocą. Kiedy był już tak mocno zmęczony, iż musiał odpocząć i położyć się spać w swoim szałasie, zastępowali go na warcie przy nadrzecznym brodzie jego poddani, tacy sami wywołańcy jak on.
            I Jędrzej, i jego kmiecie wskazywali jednak drogę tylko tym, którzy spełniali ich żądanie. Kto go nie spełniał i jechał dalej, bez przewodników, wnet wracał, bo po czasie rozumiał, że ostrzegali go z życzliwości. Wracał i z nawiązką spełniał życzenie szlachcica Jędrzeja, byle tylko wskazał mu właściwą drogę. Tam, gdzie nie było wody, nie sięgała władza Konotopa, tam panował Jędrzej z Niemaszchleba. Wracali więc pod jego opiekę i prosili o zezwolenie na spełnienie jego życzenia. Wyładowywali towary pod cieniste drzewa, zawracali w stronę niedalekiego wzgórza, napełniali piaskiem swoje wozy, dojeżdżali pod sam brzeg mokradeł, ale w taki sposób, oby ich konie nie zamoczyły ani kopyt, oni pysków w wodzie - i wysypywali ten ładunek. Następnie zabierali swoje rzeczy i już z przewodnikiem jechali bezpieczni, omijając państwo Konotopa.
            Jędrzej trzymał tę straż przez wiele lat. Z każdym dniem, z każdą nocą, pomniejszał obszar mokradeł. Konotop dusił się coraz bardziej, czasem nagle podnosił poziom swoich wód i niszczył dzieło upartego przeciwnika, jednak jego gniew i siły malały. Jędrzej znowu odzyskiwał to, co utracił, a potem z większą jeszcze zawziętością zasypywał topiele. Na miejscu dawnych moczarów siał zboże. Im więcej ziemi zwożono na grzęzawiska, tym więcej łanów pięknej pszenicy i jęczmienia, żyta i owsa szumiało na pożytek dzielnych wywołańców. Nieraz przejezdni słyszeli nocą jęki, głośne bulgotanie wody, dochodzące z tej strony, gdzie jeszcze Jędrzej nie zdążył zasypać niżej położonych torfowisk i grzęzawisk. Wiedzieli, że to dogorywa Konotop. Tym gorliwiej nawozili tę resztę moczarów żyzną ziemią, aż przyszedł dzień, kiedy zrzucili ją z ostatniego wozu. Woda obronnie zabulgotała, poczem wchłonęła ją ziemia, by wraz z nią czekać na siewne ziarno. Zwątpili więc wtedy w to, co mówiono o wodniku - czy on w ogóle tu panował, czy to on te nieszczęścia sprowadzał, on pochłaniał konie i ludzi, czy natura?
            Jędrzej z Niemaszchleba popatrywał na uprawne pola, czekał teraz dobrego zbioru. Nie wystawał więcej na przeprawie przez rzekę, bo podróżnym już nic nie groziło, bo dokonał już tego co sobie postanowił, kiedy opuszczał nieszczęsne konie, którym nie mógł nic pomóc... zwyciężył wodnika, zapanował nad mokradłami. Są tu teraz soczyste trawy, złociste łany dorodnego owsa. A skoro jest owies, to można hodować dobre, pracowite konie, którymi orać się będzie odzyskaną ziemię. Jędrzej nie zadawał więc żadnych pytań, bo wszystko było mu wiadome od początku. Nakazał teraz budować domy. Powstały ich krocie, bo w czasie walki z wodnikiem dołączyło się do niego wielu, którzy mu uwierzyli. Tak powstała duża wioska i trzeba było ją nazwać.
            Ci, którzy przybyli tu ze swoim rycerzem, pragnęli nazwać ją Jędrzejowem, inni prosili o nadanie nowej osadzie imienia ich starej wioski, chociaż chleba mieli tu pod dostatkiem. Zapytali o to swego pana. Jędrzej jednak pokręcił głową. Nie zgodził się.
- Jakże tedy mamy tę naszą wieś nazwać? - pytali.
- Dajcie jej imię pokonanego wodnika - odpowiedział.
- Konotop?
- Konotop.
I tak zostało już do dnia dzisiejszego.




[1]Wszystkie podane tutaj nazwy miejscowości, rzek i jezior są prawdziwe;
[2]stwór – tu potwór, silne i złe zwierzę;
[3]kmieć – włościanin, wieśniak, rolnik, chłop;
[4]mokradła – miejscowość mokra, moczary, bagno, trzęsawisko, grzęzawisko;
[5]wiorsta – miara długość = 1064,5 metra;
[6]torfowisko – szczątki roślin zbutwiałych pod wodą, przeważnie traw, mchów, wodorostów,sitowia, skrzypów i in., tu obszar pokryty torfem;
[7]goleń – część nogi od kolana do stopy, w tym przypadku od kolana do kopyta;
[8]rumak – koń piękny, dzielny, dorodny;
[9]wodnik – według podań i wierzeń ludowych duch wodny;
[10]wywołaniec – człowiek wywołany z kraju, wygnany, banita;
[11]bóbr – gryzoń o grubym łuskowatym ogonie, o cennym futrze, budujący sobie nad wodami domki;
[12]szuwary –rodzaj wodorostu, sitowia, tu zarośla;
[13]lebioda – roślina o niepozornych kwiatach, rośnie głównie na stepach, u nas zwą ją także komosą, jest chwastem;
[14]danina – dan, należność dla państwa, gminy; tu dla księcia, w pieniądzach, w naturze;podatek, trybut, opłąta lennicza;



Źródło: "Legendy z Nad Odry", Tadeusz Jasiński, Lubuskie Towarzystwo Kultury, Zielona Góra 1968





Legenda o Konotopie cz.1




Legenda o Konotopie cz.2


Źródło filmów: Grupa nieformalna VENA



Ostatnia aktualizacja:
28 srześnia 2009 r.